Żywioł pierwszy to Wiatr, żywioł drugi to Woda
Wiatr to jest coś co żeglarze kochają, co jest niezbędne, aby nasze łodzie ruszyły z miejsca. Coś czego siłę staramy się przewidzieć wpatrując się w prognozy pogody. Coś co powoduje, że wciągamy dodatkowe albo refujemy żagle. Najczęściej nas napędza, ale czasem robi nam capsize.
Nie inaczej było z ostatnim rejsem. Powiadomienie z windy.com, o idealnej pogodzie na katamaran, szybki wniosek o urlop i dojazd nad Zalew Zegrzyński przez zapchaną w środku tygodnia Warszawę.
Dawno nie byłem tak zadowolony z prędkości i jakości przygotowania Minicata. Tym razem żadna linka nie została zapomniana, silnik podpięty tam gdzie trzeba, żadnych skręconych want. Do tego wieje bardzo rześko i stabilnie. Na oko 4 Bf z krótkimi silniejszymi powiewami. Pianka i cienki sztormiak przy słonecznej pogodzie zapewniały brak stresu niską temperaturą wody. Na dodatek ostatnie treningowe i udane stawianie wywróconej łódki dodały mi pewności, że w wywrotce nie ma nic groźnego. Ten dzień miał być na sportowo, bez luzowania żagli przy przechyłach.
Rejs
Pierwszy hals pełnym bejdewindem z pustawej publicznej plaży w Nieporęcie w kierunku Zegrza przebiegł bez najmniejszych komplikacji. Duże prędkości, prawie puste jezioro, co chwila jeden z pływaków nad wodą przez dłużej niż 3 sekundy. Szybciej niż windsurfingi, chociaż z deskami latającymi nad wodą nie było szans. Po 15 minutach byłem już na drugim brzegu.
Zwrot i hals na Białobrzegi tym razem ostry bajdewind. Włączyłem śledzenie w aplikacji
i-Sail i mam wrażenie, że jest jeszcze szybciej. Jak się później okazało prawie 9 węzłów. Jak dla mnie to już fajnie.
W przeciwieństwie do Adriatyku, na Zegrzu fala jest bardzo krótka, czasem łódka o wadze raptem 60 kg plus sternika o zbli
żonej masie, poddaje się fali i skręca. Trochę mnie niepokoi nurkowanie przedniej części pływaka w momentach gdy drugi jest w powietrzu. Ale pomału się przyzwyczajam, że to nic niebezpiecznego.
Capsize
Zgodnie z wcześniejszym postanowieniem, większe przechyły tym razem nie są redukowane przez luzowanie żagli, czy ostrzenie kursu, ale wyłącznie przez mocniejsze wychylanie ciała poza pływak. Przez pół godziny mięsnie brzucha wystarczały, aż do momentu, gdy moja masa okazała się jednak zbyt mała. Pomału jeden pływak znalazł się nad drugim, a maszt niepowstrzymanie zbliżył się do tafli jeziora. Nie było już innego wyjścia jak skakać do wody. Ciekawe, że skakałem kompletnie bez obaw, pewnie to efekt wcześniejszych prób podnoszenia żaglówki.
Minicaty wyposażone są w linki służące do podnoszenia katamaranu po wywrotce, po jednej na każdym pływaku. Czasem zwisa tam gdzie chcemy, tym razem jednak gdy wdrapałem się na pływak linka zwisała po jego drugiej stronie. W takiej sytuacji są dwa wyjścia, albo trzeba skoczyć z powrotem do wody, opłynąć łódkę , przerzucić linkę wrócić z powrotem i ponownie wejść na dolny pływak, albo wgramolić się na górny pływak i spróbować sięgnąć ją od góry. Drugi sposób wydaje się łatwiejszy i takiego wybory dokonałem. Ma on jednak swoje konsekwencje, gdyż pomagamy w ten sposób łodzi w zrobieniu 100% grzyba lub mocniejsze wbicie masztu w dno. Dodatkowo te same konsekwencje powoduje luzowanie żagli, znów trzeba sięgnąć do knag i tali będących z drugiej strony trampoliny i uruchomić niekorzystne siły.
W rezultacie tych przygotowań do pierwszej próby podniesienia łodzi doszło po zbyt długim czasie i maszt ze zwiększonym przyśpieszeniem zarył w dno. A znacząco pomogła w tym również spora siła wiatru napierająca na trampolinę od dolnej strony. W każdym razie 10 – 15 minut wiszenia na lince dało rezultat identyczny jaki powodują nogi muchy próbującej wygiąć szybę.
Pomocna dłoń
Po chwili w pobliżu pojawił się Pan wędkarz na średniej wielkości łodzi motorowej. Od niego dowiedziałem się, że w tym miejscu jest jakieś 3,5 m głębokości, a maszt z pewnością utknął w mule czy glinie. Mogłem tak na tej lince wisieć jeszcze i z godzinę, a nic by to nie dało.
Pomysł na wywrotkę
I tutaj na chwilę wrócę do przygotowania łódki przed rejsem. Minicat oferuje bojkę napełnianą powietrzem i mocowana na topie masztu. Jednak ten czerwony Zeppelin, jest tak koszmarnie brzydki, że myśl o jego używaniu „na wszelki wypadek” przez cały najczęściej rekreacyjny sezon nie jest mi miła. A wpłynięcia z tym czerwonym balasem do portu nawet sobie nie wyobrażam. W każdym razie, wymyśliłem że przez top masztu, puszczę dodatkową linkę. W razie wywrotki tą linką miałem zamiar wciągnąć coś wypornościowego, bojkę , czy worek żeglarski z powietrzem na top zanurzonego pod wodę masztu. To z kolej powinno wystarczyć, żeby maszt z pod wody wydobyć w miarę szybko.
Próba bez rezultatu
Tym razem mój pomysł odłożyłem ad acta i koniec linki trafił na pomocną motorówkę. Łódź po zaknagowaniu tej Top-cumy oddaliła się próbując podnieść maszt. Niestety bez widocznego efektu. Po kolejnych minutach zaniechaliśmy tych prób, tym bardziej że jeszcze ze dwa razy trzeba było wskoczyć do wody , żeby coś odhaczyć czy uniknąć wkręcenia linek w śrubę. Niefajnie byłoby też porzucić łódź i wracać w sztormiaku kilometr wpław. W każdym razie telefon pod 112 został wykonany. To było nawet śmieszne jak pomocny człowiek krzyczał na operatorkę linii, która w żaden sposób nie mogła zrozumieć co to jest wywrócona łódź i że siedzi na niej człowiek. Rozmowa trwała dobre 10 minut zanim elektrony dobiegły na swoje miejsca.
Podniesienie z capsize
Ostatecznie , cumy zostały oddane, a motorówka oddaliła się nieznacznie, cały czas obserwując czy nie będzie potrzebna ponownie. Za to w pobliżu pojawiła się większa łódź WOPR. Zanim jednak podpłynęła bliżej, zauważyłem że mój katamaran został przez siły natury obrócony. Wiatr zamiast dmuchać w spód łodzi co dodatkowo dobijało maszt w dno, dmuchał teraz w pokład, co działało już na moją korzyść. Znów pomarańczowa linka, zwis stojąc na dolnym pływaku i nagle łódka zaczęła wstawać.
Capsize numer 2
Jednak przy pierwszej próbie łódź wstawała nieco za szybko. Ja do wody, łódka nade mną przeleciała na drugi pływak i ponowy capsize na drugą stronę. Tym razem nie musiałem już luzować żagli i byłem trochę szybszy. Ponowne stawianie mimo, że z dopychającym maszt wiatrem poszło bardzo sprawnie. Trochę tylko niemiłe było wepchnięcie pod wodę przez lecący na mnie pływak, gdy starałem się go zamortyzować. Już po kilkunastu sekundach, siedziałem ponownie na pokładzie mojego Minicata. W tym momencie WOPR podpłynął całkiem blisko i zapytał czy potrzebuję pomocy. Grzecznie podziękowałem i potwierdziłem, że już z pewnością dam sobie radę. Od wywrotki do postawienia jachtu minęło 30 minut, co przy 4 do 5 Bf, jednoosobowej obsłudze i łodzi z postawionym pełnym ożaglowaniem uważam za całkiem poprawny wynik.
Silnik
Po wywrotce na siatce stanowiącej kokpit panował spory bałagan. Z siatki bagażowej wypłynęło wszystko co możliwe, a każdy sznurek rozciągnął się i poplątał tak, że nawet moje dzieci nie byłyby w stanie zrobić takiego kolażu. Po wyłowieniu wszystkiego z wody zrobiła się spora sterta plątaniny. Dlatego postanowiłem wrócić na chwilę na brzeg, żeby tam się z nim uporać. Zazwyczaj baterię od silnika mocuję w centralnej części siatki przy maszcie. Jednak wtedy przez środek siatki biegnie kabel do silnika i plącze się pod nogami. Pewnie dlatego bateria wylądowała przy rufie w pobliżu pływaka. Silnik niestety odmówił posłuszeństwa. Nie udało się go uruchomić, a wskaźnik na baterii pokazał 25% naładowania. Byłem pewien, że miała 100% przed wypłynięciem, nie zdążyłem jednak tego przeanalizować, gdyż niespodziewanie podpłynęła kolejna łódka. Tym razem policyjna. Trudno było nie skorzystać z przyjaźniejszego niż na demonstracjach oblicza naszej policji i zostałem odholowany do Nieporętu.
Capsize – czas do podniesienia łodzi
W rezultacie pół godziny w jednym miejscu.
Wnioski z Capsize
Pływanie sportowe jest fajne, a wywrotki na Minicat nie ma co się zbytnio obawiać. Ale ponieważ capsize przychodzi niespodziewanie najlepiej przygotować się do niego jeszcze przed rejsem. Kilka wniosków na przyszłość:
- Muszę coś wymyśleć , żeby linki służące do podnoszenia Minicat były zawsze łatwe do sięgnięcia i po dobrej stronie pływaka.
- Cieszę się, że na tych linkach zrobiłem węzły. Super zapobiegało to wyślizgiwaniu się liny.
- Coś wypornościowego na topie masztu byłoby bardzo pomocne. Zwłaszcza przy silniejszym wietrze. Do przemyślenia czy na stałe czy do wciągnięcia po wywrotce.
- Nie walczcie z naturą gdy jest nam przeciwna, raczej postarajcie się, aby zaczęła działać na naszą korzyść. W tym wypadku wskoczyć na unieruchomiony jacht i zaczekać aż wiatr w końcu go obróci. Oczywiście można zawsze mu pomóc w przemyślany i przede wszystkim bezpieczny sposób.
- Baterię raczej będę montować w części centralnej, może zbyt długi czas pod wodą jej zaszkodził
Ale najważniejsze to jest to świetne uczucie, gdy na wodzie spotyka się miłych i chętnych do pomocy ludzi.
Żywioł trzeci – ogień
Ten mocarz, dopadł mnie kilka dni później, ale przypadek zasługuje na osobną opowieść, która wkrótce pojawi się wśród postów. Na razie zwróciliście pewnie uwagę na brak zdjęć i filmów. Cały capsize był filmowany, ale dwa żywioły postanowiły zawłaszczyć sobie moje nagrania razem z kamerą. Miłośnicy nurkowania mogą odszukać Go pro 9 gdzieś tutaj, gdzie na mapce znajduje się mała zielona prawie niewidoczna kropka, wskazująca na prędkość 0.
Zanim wypłynąłem na silny wiatr na Zegrze, potrenowałem podnoszenie łodzi w ciepłych wodach Adriatyku. Zobacz jak to wyglądało.
A tutaj możecie przeczytać inny wpis na ten temat.

