Jeziora pod Warszawą. Jeziora blisko domu.
Zazwyczaj żegluję w Chorwacji. To moje ulubione miejsce na połączenie rodzinnych wakacji i własnej pasji.
W Polsce moje doświadczenia są dużo skromniejsze. Robiłem głównie jednodniowe wypady Zegrze albo nad Zalew Sulejowski, raz zabrałem Minicata na Jezioro Charzykowskie. Własne niewielkie doświadczenie wsparte jest jednak informacjami, jakimi dzielą się ze mną wypożyczający łódki.
Dlaczego rzadko jeżdżę na Mazury?
Przez długi czas wydawało mi się, że jeśli chcę pożeglować, to naturalnym kierunkiem będą Mazury. Problem polegał jednak na czasie. Jak miałem 2 tygodnie urlopu, wolałem jechać do CRO, a jak był wolny weekend zaczyna liczyć się czas tracony na dojazd. Kilka godzin jazdy w jedną stronę, potem składanie łódki, później rozkładanie i powrót. Dlatego mieszkając pod Warszawą, siłą rzeczy wybierałem najbliższe akweny.
Początkowo traktowałem je trochę jak plan awaryjny dla Mazur. Wydawało mi się, że to tylko namiastka żagli, albo plan konieczny do nakręcenia jakiegoś filmu. Po kilku wyjazdach doszedłem jednak do wniosku, że w ogóle nie ma sensu ich porównywać. To po prostu dwa różne sposoby spędzania czasu na wodzie dostosowane do chwilowych możliwości.
Zegrze – świetny akwen, trudniejsza logistyka
Pierwsze zaskoczenie nie dotyczyło wiatru ani samego jeziora. Problemem okazało się znalezienie miejsca, z którego chciałbym regularnie wodować łódkę.
Jeżeli ktoś korzysta z mariny, może w ogóle nie zwracać uwagi na takie rzeczy. Ja przyjeżdżam samochodem, wyciągam torby, składam łódkę i dopiero wtedy zaczynam pływać. Z tego punktu widzenia wygodny parking i łatwy dostęp do brzegu są równie ważne jak sam akwen. Oczywiście nad jeziorem jest mnóstwo portów i ośrodków, ale jakoś nie miałem natchnienia do sprawdzania cen za wjazd, możliwości wodowania łodzi i całej takiej otoczki wymagającej wykonania kilkunastu telefonów. Dlatego szukałem miejsc publicznych, dostępnych dla każdego.
Na Zalewie Zegrzyńskim znalezienie takich miejsc zajęło mi sporo czasu. Większość brzegu zagospodarowały ośrodki, wały wokół jeziora albo wille i tereny lokalnych Rockefellerów. Do dziś znam właściwie tylko trzy miejsca, które uznałbym za naprawdę wygodne do wodowania Minicata, ale już niekoniecznie jeśli chodzi o dojazd.
- Pierwsze to publiczna plaża w Nieporęcie. Parking płatny, ale niewiele, za to o miejsce w weekend trudno, Zaletą jest płaskie zejście do wody z trawą albo piaskiem do wyboru. Do montażu jachtu perfekt
- Drugie to stara przystań w Białobrzegach. Ustronne miejsce, niegdyś z dobrym dojazdem przez las, niestety ostatnio wjazd był zastawiony betonowymi pachołkami
- I ostatnie za Rynią, ulica Euzebii w Wolicy. Dojazd prawie nad jezioro. Kilka miejsc parkingowych, a za groblą, nieformalna plażą trawiasto-piaszczystą, często z rozstawionymi namiotami.
Osobnym problemem tego jeziora są weekendowe korki, to nie dotyczy rannych ptaszków, ale jeśli ktoś lubi pospać do 8:00 to potrafią one zepsuć najlepszy plan.
Kilka lat później, zmęczony trochę polowaniem na wolny dzień w środku tygodnia pojechałem nad Zalew Sulejowski.
Sulejowski – pierwsze jezioro, które naprawdę mnie zaskoczyło
Dla mieszkańców południowych dzielnic dojazd będzie dłuższy o jakieś 30-40 minut , ale jeśli uwzględnić przejazd przez miasto i korki nad Zegrzem, to w sumie wychodzi na to samo.
Na południowym akwenie najbardziej zaskoczyło mnie to, jak łatwo można było dostać się nad wodę. Miejsce wybrałem całkiem przypadkowo patrząc tylko na mapę w nawigacji i dotarłem do plaży w Karolinowie. Prawie cały czas asfaltem, ze 200 metrów leśną drogą, na końcu której duży leśny parking. Czasem płatny, a czasem nie. Pewnie zależy to od dnia tygodnia.
Za parkingiem Kemping nad samą, na który spokojnie każdego wpuszczą żeby wyrzucić graty i przestawić wóz na parking leśny.
Na Sulejowskim spodobała mi się jeszcze jedna rzecz. Miałem wrażenie, że jest tam po prostu spokojniej. Mniej zabudowy przy brzegu, mniej stresu, że się wdepnie na teren prywatny, albo ostatnie metry oddzieli od wody jakiś płot.
Oczywiście tutaj też są porty z całą infrastrukturą, ale przy składanej łodzi jest ona zbyteczna i raczej przeszkadza niż pomaga. Dużo lepsze jest niestrome zejście do wody z miękkim podłożem. Pewnie inaczej spojrzałby na to właściciel dużego jachtu. Ja jednak nie szukam prądu, spustu szarej wody czy miejsca do cumowania przy betonie. Szukam kawałka brzegu, z którego da się wygodnie wystartować i do którego da się później wygodnie wrócić.
Akwen jest duży , porównywalny z Zegrzyńskim, bez większych problemów znajdziecie kempingi, mariny, leśne bary gdzie można zrobić przerwę na regenerację. Fajnie też pływa się tuż koło tamy, bo tam prawie zawsze wieje, a że niedaleko jest marina, to mnóstwo oczu obserwuje jak śmigacie na nietypowym sprzęcie.
To nie jezioro jest najważniejsze
Jedną z rzeczy, które zauważyłem po tych wyjazdach, jest to, że nazwa akwenu nie ma w sumie wielkiego znaczenia. Przy jednodniowym wypadzie to może być ćwierć Zegrzyńskiego, byle był łatwy dojazd i dostęp do wody. Oczywiście fajnie jest popływać godzinkę jednym halsem, ale na katamaranie bez mesy nie jest to wymóg konieczny.
Minicat nie wymaga portu, ale nadal trzeba go jakoś zwodować.
Jeżeli między parkingiem a wodą znajduje się kilkaset metrów marszu, stromy brzeg albo pas trzcin, to nawet najładniejsze ze zdjęć jezioro przestaje być atrakcyjne. A z drugiej strony, jeśli woda nie wygląda szczególnie imponująco na mapie, to może okazać się świetnym miejscem do wodowania i spokojnego pływania.
Dlatego gdy pada nazwa jakiegoś akwenu staram się w miarę możliwości ustalić:
- czy można podjechać blisko wody,
- czy nie ma pasa trzcin, betonu albo stromego brzegu,
- czy po zwodowaniu będzie gdzie zostawić samochód czy pozostały sprzęt,
- i w końcu jak duże jest jezioro, bo to jednak wyjazd na żagle a nie na ryby.
Na moje oko, oprócz towarzystwa, pogody i wiatru, tutaj trochę inne rzeczy decydują o tym czy wypad będzie udany.
Czy Minicat pasuje do Twojego jeziora?
Nie mam wielkiego doświadczenia z polskimi jeziorami. Tak naprawdę większość miejsc, w których pływałem, to Zegrze, Sulejowski i pojedyncze wypady w inne miejsca. Gdybym jednak miał dziś wybierać się nad nieznaną wodę, prawdopodobnie zacząłbym od map satelitarnych i zdjęć z okolicy.
Samo jezioro interesowałoby mnie mniej niż jego brzeg. Sprawdziłbym, czy można podjechać samochodem blisko wody, czy nie ma pasa trzcin, stromego brzegu albo kilometra spaceru z całym sprzętem.
Pewnie poszukałbym też zdjęć dodanych przez innych użytkowników. Wydaje mi się, że jedno zdjęcie z brzegu potrafi powiedzieć więcej niż kilka minut oglądania mapy. Bardzo cenną rzeczą będzie, jeśli na zdjęciu zobaczymy jakieś żaglówki, bo to oznacza, że da się tam żeglować i że jest zapewne jakaś infrastruktura. Ale ich brak nie przekreśla planów, ze względu na minimalne zanurzenie 30 cm. Minicat może pływać tam, gdzie inni są bez szansy.
Zwróciłbym też uwagę na wielkość akwenu. Oczywiście nie muszą to być od razu Śniardwy, ale jeśli po dopłynięciu do drugiego brzegu okazuje się, że płynie się kilka minut, to dla mnie byłoby trochę za mało.
A jeśli miałoby to być miejsce z noclegiem, to gdzieś go trzeba zarezerwować i przy tej okazji można zawsze podpytać osoby z recepcji jak to może wyglądać wodowanie i żeglowanie. Czy ten nocleg zarezerwujemy to osobna rzecz.
Być może są lepsze sposoby oceny miejsca, ale ja chyba bym zaczął w ten sposób.
Charzykowskie przy okazji
Jedyny raz, kiedy zabrałem Minicata nad Charzykowskie, nie był wcale wyjazdem żeglarskim.
Miałem w okolicy sprawy do załatwienia, ale wiedziałem, że po kilku godzinach będę miał trochę wolnego czasu. Wrzuciłem więc łódkę do samochodu i po zakończeniu spotkań po prostu poszedłem pożeglować. To jest wielka zaleta składanej żaglówki, że jacht jedzie tam gdzie ty, a nie ty jedziesz tam gdzie jest jacht. Przy zwykłej żaglówce coś takiego po prostu nie istnieje.
Przy okazji drobna uwaga o ubiorze. To był wczesny czerwiec. Jako chudy człowiek, jestem odrobinę wrażliwy na temperatury i na wszelki wypadek zabrałem ze sobą długą piankę. Ale prażyło koło 30 stopni i po chwili pianka wylądowała w bagażniku. Charzykowskie jest super, pokręcone ale całkiem długie. Jednego jednak nie przewidziałem i po wyjściu zza półwyspu tak dmuchnęło z boku, że razem z żaglem wylądowałem w wodzie. To nic strasznego bo Minicata stawia się samemu w dwie minuty, ale temperatura wody, a byłem mocno rozgrzany, zrobiła mnie takie wrażenie, że jacht został, a ja czym prędzej czmychnąłem wpław do brzegu. Bardzo mi brakowało wtedy trampoliny bagażowej, a w niej tej pianki i jakichś zapasowych ciuchów.
Nieoczywiste zastosowania
Jedna z ciekawszych historii, jakie usłyszałem od klienta, to był kilkudniowy rejs po Mazurach.
Klient zabrał Minicata, namiot i przez kilka dni przemieszczał się z miejsca na miejsce, nocując po drodze. Co ciekawe, nie był to środek lata, ale chyba późny wrzesień, kiedy warunki i na wodzie i w nocy są już znacznie trudniejsze. To nie jest sposób żeglowania, który sam praktykuję, ale inspiracja pozostała.
Później widziałem jeszcze relację z rejsu z namiotami jakiejś ekipy niemieckiej w Chorwacji. Tam fajne było to, że namioty rozstawiali na Minicatach. Okazuje się, że opcja houseboat też jest dostępna.
Z kolei innego klienta spotkała kilkudniowa dniach flauty. Zdemontował wtedy maszt bukszpryt, tak że zostały tylko pływaki i rama, zamontował silnik i przez pewien czas używał Minicata bardziej jak niewielkiej motorówki niż żaglówki.
Mała łódka z żaglami, nie musi oznaczać ograniczonych możliwości.
Sam nie wpadłem na nocowanie na Minicacie pod namiotem, ale od tego czasu jakoś tak chodzi mi po głowie Wisła, od Krakowa do Warszawy. Tylko już chyba trochę kończy się czas odwagi , a zaczyna wygodnictwo. Ale na papierze wygląda to świetnie.
Skoro już o Wiśle mowa.
Wisła
No i doszliśmy do rzeki. Tylko, że z Wisłą mam na bakier. Za młodu z kolegą wywróciliśmy drewnianą Omegę pod poniatowskim. Było zimno, długo i … śmierdząco. Tak to pamiętam.
Ale Minicat brał udział w regatach Prezydenta Warszawy, co prawda bez sukcesu i miejsca na pudle, ale za to oglądalnością większą niż każde Tango. Czyli jeśli ktoś lubi to żegluga rzeczna jak najbardziej dostępna. I zazwyczaj nawet stan wody nie jest barierą dla Minicata. W końcu to tylko 30 cm zanurzenia i maszt bez kładzenia zmieści się pod każdym mostem.
Dlaczego nadal lubię Mazury
Ten tekst nie jest próbą przekonywania kogokolwiek, że Mazury są przereklamowane.
Wręcz przeciwnie. Jeżeli mam tydzień wolnego, to jedno z lepszych miejsc. Spędziłem tam wiele dni przez wiele lat na zwykłych Żaglach. Tyle, że z dmuchańcem przestałem je traktować je jako jedyne miejsce, gdzie można pożeglować.
Kiedyś było prościej. Nie fajniej, ale prościej. Chcesz żeglować, jedziesz tam, gdzie są żaglówki. Przy składanych łódkach, logika zmienia się o 180 stopni. Jedziesz gdzieś i zastanawiasz się jak tam zabrać łódź ze sobą. Kosztuje to trochę logistyki, ale żeglujesz tam, gdzie chcesz , a nie tam, gdzie firma czarterująca ma swój port i jachty.
Podsumowanie
Powinno być jakieś podsumowanie, spróbuję może w ten sposób
Jeśli jest wolny dzień czy weekend to zapewne warto wybrać Zegrze albo Sulejowski. Po prostu są najbliżej domu.
Jak tydzień to zapewne padłoby na Mazury, a jak dwa to ciepłe wody Adriatyku
Zawsze to jest jakaś zdroworozsądkowa proporcja między godzinami za kółkiem i godzinami na wodzie. W każdym razie tak w takim kierunku bym podążał.
Ps. A jeśli myślisz o wyjeździe na południe Europy i chcesz mieć dostępny sprzęt na plaży w przerwach od zwiedzania, to koniecznie zerknij tutaj.

